Z pamiętnika Głupca cz.2 – Magister Templi

Część pierwsza: Z pamiętnika Głupca cz.1 – Adeptus Minor


Powrót do rzeczywistości

W poprzedniej części opisałem swoje doświadczenie Osiągnięcia Wiedzy i Konwersacji Świętego Anioła Stróża. Teraz skupimy się na następstwach tego wydarzenia. Nim jednak do tego przejdziemy, drobna uwaga. Jak wspomniałem w tamtym poście, niemożliwe jest przekazanie komuś metody dojścia do Wiedzy i Konwersacji. Można jedynie dzielić się pobocznymi technikami – stąd też cała masa różnych magicznych podejść i systemów – które mogą, ale nie muszą, okazać się dla innych pomocne w tym zadaniu. Ten problem znika jednak na dalszych stopniach. Powodem tego jest najpewniej to, iż przechodzimy w tym momencie od subiektywnego mikrokosmosu do obiektywnego makrokosmosu.

To, co właśnie napisałem, zapewne zdziwi część osób czytających. “Czy adept nie powinien czasem być prowadzonym dalej przez swojego Świętego Anioła Stróża?” Jak już wspomniałem, początkowo zupełnie nie skojarzyłem swojego doznania z Wiedzą i Konwersacją. Doskonale rozumiałem, co się dzieje, a nawet potrafiłem to opisać swoimi słowami drugiej osobie, ale nie przypiąłem temu jeszcze metki “Anioła Stróża”.

Tradycyjnie, całe to wydarzenie ma przypisane kilka charakterystycznych cech towarzyszących, m.in. poznanie swojej Prawdziwej Woli, zdobycie kontroli nad istotami duchowymi (szczególnie tymi określanymi jako demoniczne), czy ogólną poprawę zdolności magicznych. Zapewne będzie to trochę rozczarowujące, ale nie powinno się tego rozumieć całkowicie dosłownie. Niestety, przy Wiedzy i Konwersacji nie dostałem żadnego papieru z listą “rzeczy do zrobienia”. Być może ktoś faktycznie poznał swoją Wolę w zupełności, ale z doświadczenia mojego oraz osób, z którymi udało mi się na ten temat zamienić kilka zdań, wynika raczej, iż objawia się to w nagłych intuicyjnych przebłyskach, gdzie po prostu się wie, że coś należy zrobić.

Teraz czytelnik mógłby pomyśleć, że właściwie niewiele dają takie wskazówki, których nie można nawet odróżnić od własnych zachcianek. Ale właśnie można. Kończąc to Pierwsze Zadanie, adept zyskuje (przynajmniej na jakiś czas) silne połączenie ze swoim głosem intuicji. Co więcej, posiada on też ogromną wewnętrzną pewność oraz zaufanie co do rad swojego Anioła. Dla mnie było to bardzo przełomowe, gdyż należałem do osób raczej mało otwartych, a do tego racjonalistycznych. Tymczasem polecenia z góry nierzadko zdawały się być bardzo niedorzeczne. A jednak, w tym szaleństwie jest metoda – okazało się, że ten głos ma zawsze rację i prowadzi za każdym razem do sukcesu, nawet jeśli – wydawałoby się – kieruje w przeciwną stronę. Doszedłem wówczas do wniosku, że istnieje “wyższa logika”, że to wszystko jest częścią jakiegoś większego planu, a intuicja to mój GPS. Tak właśnie w moim przypadku wyglądało poznanie Prawdziwej Woli.


Ol sonf vorsg

Wchodząc w komunię z Wyższym Ja byłem raczej początkujący. Choć miałem całkiem spore zaplecze doświadczeń, nadal nie zajmowałem się czymś, co wówczas uważałem za “poważną” magiczną praktykę, a w co wliczała się np. magia salomoniczna. Po całym zdarzeniu wciąż uważałem swoją osobę za zwykłego neofitę, który ma przed sobą jeszcze wiele pracy. Wkrótce, w wyniku działania w zgodzie z Prawdziwą Wolą, zacząłem ciągle trafiać na informacje, jakie były mi akurat potrzebne. Szybko udało mi się znaleźć książki, które wyjaśniły mi moją sytuację – zrozumiałem wreszcie, że to, co mnie spotkało, to była właśnie Wiedza i Konwersacja Świętego Anioła Stróża.

Nie minęło wiele czasu, jak doszedłem do wniosku, iż w sumie nie mam już nic wielkiego do poprawy. Wtedy zauważyłem, że nie tylko zrównoważyła się moja osobowość, ale też moje zmysły astralne się wyostrzyły. Wszystko to działo się na przestrzeni jednego tygodnia, a w czasie tym praktyka magiczna była bardzo przyjemna i owocna. Niedługo później efekt ten zaczął jednak słabnąć. Poczułem się tak, jak gdyby Anioł dał mi niezbędny do pracy materiał i zostawił, aż go przepracuję. Po opadnięciu emocji, praktyka magiczna znów wróciła do normy. Głos Geniusza tylko czasami przedostawał się do mojej głowy.

Od tamtej pory moja wewnętrzna pewność miała swoje lepsze i gorsze chwile. Niejednokrotnie poddałem w wątpliwość omawiane Osiągnięcie, nawet pomimo iż nie dało się tego wszystkiego inaczej wyjaśnić. Czas jednak posuwał się dalej i tak samo moja praktyka. Zacząłem eksperymentować z różnymi nowymi metodami, w tym zainteresowałem się Magią Enochiańską. Stopniowo spełniałem zadania, jakie dawał mi Anioł. Wkrótce bardziej zainteresowałem się społecznością magiczną w internecie i tak też początkiem 2013 roku dołączyłem do nowo powstałej grupy – Fraternitas Occulti, przyjmując magiczne motto “Rinasce Piu Gloriosa” (“odrodzę się wspanialszy”) i utożsamiając się z mitycznym stworzeniem, jakim jest Feniks. (Jak się później okazało, takie samo motto miał ponoć kiedyś jakiś gość podszywający się pod głowę Ordo Templi Orientis w Polsce, ale uprzedzam – ja nie mam z tym nic wspólnego).

Praca grupowa okazała się bardzo rozwijająca. Najistotniejsze aspekty, jakie mogę wymienić, to zapewne zdobycie sojuszników zdolnych weryfikować moje magiczne działania, a przy tym samemu ucząc się też sprawdzać innych; zyskanie opinii i doświadczeń z bliżej nieznanych mi kręgów, w dodatku od zaufanych osób. Oczywiście, bardzo ważna była też możliwość dzielenia się swoimi spostrzeżeniami i tym samym wzajemna motywacja. W tym okresie zrobiłem błyskawicznie ogromny postęp na polu klasycznych działań magicznych. Magia przeszła w końcu do codzienności. Od tamtej pory nie było już dnia, w którym nie poświęciłbym choćby godziny na działania magiczne. W pełni zintegrowałem w swojej głowie magiczne myślenie.


Połów

Kierując więcej uwagi na internetowe społeczności magiczne, szybko zauważyłem, jak tragicznie niski poziom prezentuje (pełna “kanapowych magów”) polska scena okultystyczna. Poczułem wtedy swego rodzaju obowiązek, aby wspomóc zainteresowane jednostki w odróżnianiu ziarna od plew. Zacząłem od przedstawienia w przystępny sposób bardzo zniesławionej magii ceremonialnej. Aby z kolei zachęcić do praktyki, ukazałem możliwie najprościej podstawowy rytuał – MROP. Publikowanie artykułów mi jednak nie wystarczało. Postanowiłem zatem stworzyć otwarte internetowe szkolenie magiczne, uczące od całkowitych podstaw. Początkowo, gdy ułożyłem system na pierwszy szczebel drabiny, planowałem opublikować go na stronie grupy, jednak doszedłem do wniosku, że lepszym wyjściem jest formalne rekrutowanie osób chętnych i przeprowadzenie tego projektu w postaci pół-zamkniętego, darmowego kursu, siebie samego stawiając w roli nauczyciela.

Choć może się to wydawać czymś błahym i faktycznie – była to tylko namiastka tego, co oferuje prawdziwa praca grupowa, to jednak takie wyjście okazało się bardzo dobre. Oczywiście, pojawiało się sporo leniwych jednostek, które tylko traciły mój i swój czas, jednak była też garstka tych, którzy faktycznie potrafili sumiennie pracować. Bardzo przyjemnie doglądało się, jak osoby te w ciągu kilku miesięcy robiły postęp większy niż przez lata siedzenia na forach ezoterycznych.

I nie wspominam o tym wszystkim bez powodu, bo choć nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy, to była to bardzo istotna część mojej inicjacji. Nie należałem do żadnej oficjalnej linii A∴A∴, jednak jeśli uznać Świętego Anioła Stróża za mojego mentora, to powyższe świetnie wpasowuje się w opis jednego zadania stopnia Adeptus Major: “Musi on posiąść zupełną Samowystarczalność, pracując w całkowitym odosobnieniu, a pomimo to przekazując słowa swego mentora wyraźnie, skutecznie i subtelnie; musi on skupić całą swoją moc i autorytet na kierowaniu Członkami niższych Stopni ze zrównoważoną aktywnością i inicjatywą, w sposób niedopuszczający do żadnego sporu lub skargi.”

Poza szkoleniem, realizowałem też oczywiście prywatne projekty magiczne. Pracowałem między innymi z fluidami według Hermetyzmu Bardona, a także wgłębiałem się bardziej w Goecję. Ostatecznie, nie mogąc znaleźć zadowalającego systemu inicjacyjnego powyżej stopnia Adeptus Minor, uznałem, że poddam się inicjacji istot duchowych poprzez zwiedzanie ścieżek i sefir Drzewa Życia. Tak też rozpocząłem praktykę “wznoszenia się na planach”. I wszystko szło świetnie… Do pewnego momentu.


Eloi, Eloi, lema sabachtani?

Nadszedł okres, gdy silnie zwątpiłem w swoją Wyższą Jaźń. Wiem, to trochę absurdalne biorąc pod uwagę jej nieomylność, o której wielokrotnie się przecież przekonałem. Jednak z jakiegoś powodu bardzo dosłownie zacząłem rozumieć “panowanie nad demonami” – już nie jako kontrolę swoich niższych popędów i cech osobowości, tylko zupełnie poważnie chciałem podporządkować sobie całą hierarchię Goecji, bez żadnego konkretnego celu. Oczywiście, mój Anioł Stróż mi w tym nie pomógł, przez co zostałem przez nie – kolokwialnie mówiąc – wydymany. Porażka ta była bardzo upokarzająca i stworzyła drobną traumę, w wyniku której na pewien czas porzuciłem pracę z jakimikolwiek zewnętrznymi istotami. Nie rozumiałem wtedy, że inercja wszechświata wspomaga mnie tylko wtedy, gdy działam w zgodzie ze swoją Prawdziwą Wolą.

W poszukiwaniu przyczyny swojego niepowodzenia zagłębiłem się w siebie. Doprowadziłem się do harmonii, po czym odbudowałem bardzo silny kontakt ze swoim Geniuszem. Kontynuowałem też swoją podróż po Drzewie Życia. Podczas inicjacji w sefirze Hod ponownie zyskałem dostęp do stanu świadomości, jaki serwowało doznanie Wiedzy i Konwersacji Świętego Anioła Stróża po raz pierwszy. Powodzenie utrzymywało się przez dłuższy czas i tak też spokojnie praktykowałem wznoszenie się na planach, poświęcając na każdą sefirę od 2 do 6 tygodni, a na każdą ścieżkę od 3 do 7 dni.

Sielanka trwała aż do momentu, gdy skończyłem pracować z Tiferet. Odbyła się wtedy dość dziwna konwersacja między mną i moim Aniołem. Podał mi on nowe imię. Początkowo myślałem, iż tyczyło się to jego, ale było to o tyle dziwne, że znałem już jego imię i brzmiało ono inaczej. Przez chwilę podejrzewałem nawet, iż coś podszywało się pod moją Wyższą Jaźń, jednak nic na to nie wskazywało, a zresztą, jak niby miałoby to zrobić? W końcu o tym zapomniałem, aż któregoś dnia dotarło do mnie, że to nasze nowe imię, ponieważ staliśmy się jednością. Zrozumiałem wtedy, że przeszedłem już odrodzenie, jakie sugerowało moje stare motto. Swoją nowo poznaną tożsamość postanowiłem jednak zachować dla siebie. Zauważyłem z kolei, iż na magicznej ścieżce jestem pod nieustannym wpływem cyklicznego ruchu określanego formułą L.V.X. – i takie też postanowiłem przyjąć oficjalne magiczne imię. Od tamtej pory, przez długi czas nie widziałem swojego Świętego Anioła Stróża.


Na morzu Bezforemnych Krain

W tamtym okresie, w wyniku pewnych wydarzeń, których okoliczności nie mogę wyjawić, zetknąłem się także z pewną istotą o naturze saturnicznej. Wtedy nie byłem tego świadom, ale z perspektywy czasu widzę, iż był to faktycznie mój pierwszy bezpośredni kontakt z Wielkim Białym Bractwem. Zaczynałem wówczas pracę z Geburą, jednak nie przeszkodziło mi to w poddaniu próbie technik od nowego znajomego. Te zaś, jak się okazało, bardzo silnie oddziaływały na moją świadomość, wystawiając ją na stany, które wymykają się słowom. Co więcej, stan “pustki” utrzymywał się całymi dniami, niezależnie od tego, co robiłem.

W tamtym czasie zdążyłem już oczywiście usłyszeć o Przekraczaniu Otchłani, czyli Drugim Zadaniu, jakie winien wypełnić aspirant A∴A∴. Nie rozumiałem jednak jeszcze idei Wielkiego Białego Bractwa, ani też samej Otchłani, dlatego po opanowaniu praktyk od saturnicznego kolegi, przedwcześnie uznałem, że ukończyłem pracę z trzecią sefirą. To okazało się zgubne, bo spowodowało (po skończeniu Gebury) porzucenie pracy z Drzewem Życia, a tym samym regularnej praktyki magicznej. Uznałem wtedy, że na tym etapie praca rytualna nie ma sensu, ponieważ odmienne stany świadomości pojawiają się w życiu codziennym, a moja Wola realizuje się samoczynnie, tak jak i zresztą dzieje się to z cyklami. I choć niezupełnie byłem w błędzie, to takie myślenie zainicjowało właśnie fazę Apofisa.

Trwało to niecały miesiąc, po czym stało się coś bardzo dziwnego. Był to wieczór 21 października 2013, gdy słuchałem sobie po prostu muzyki, leżąc i wędrując wyobraźnią, po czym nagle poczułem się tak, jakby cały Wszechświat znalazł się wewnątrz mnie. To trochę tak, jakbym wykroczył świadomością poza granice rzeczywistości. Tak, jakby zupełnie wszystko było tylko metaforą. Jakby wszystko było jednym… niczym. Jakby moje życie – ba, wszystkie moje wcielenia oraz życia wszystkich innych ludzi w historii były tylko żartem. Trwało to jakąś sekundę, ale w tym czasie przeżyłem wieczność. Nie wyda się chyba dziwne, jeśli powiem, że gdy wróciłem do zmysłów, pierwsze słowa, jakie z siebie wydałem, brzmiały: o kurwa.


Gdzie jest Nemo?

Potrzebowałem tygodnia, aby dojść do siebie i na chłodno przeanalizować, co właściwie się stało. Przez następne trzy układałem sobie to wszystko w głowie, po czym ostatecznie uznałem, że zyskałem Zrozumienie – jestem pełnoprawnym Mistrzem Świątyni i oficjalnie przyjąłem swoją niedawno zyskaną magiczną tożsamość przed moimi Braćmi z Fraternitas Occulti. Przekroczenie Otchłani doprowadziło mnie do naprawdę wielu wniosków. Przykładowo, zrozumiałem, iż wszystkie religie na świecie czy wszystkie systemy magiczne/mistyczne są takie same. Mają oczywiście drobne różnice estetyczne, ale wszystkie dążą do jednego celu.

Kolejną rzeczą jest to, że Bóg tak naprawdę jest wszędzie i każdy z nas całkiem dosłownie jest “uśpionym” Absolutem – niemym Źródłem, które stwarza wszystko. Co więcej, Wszechświat już jest idealny, a Wielkie Dzieło skończone – niczego nie trzeba “naprawiać”. Oczywiście, uprzedzam, by nie rozumieć tego zupełnie dosłownie – Prawda jest niewyrażalna słowami i każda próba przełożenia jej na język jest niedoskonała, albowiem wykracza Ona poza dualizm, zaś wszystko, co stworzone, posiada swoją antytezę. Ciężko to wyjaśnić, ale niestety jestem skazany, by o tym mówić, gdyż jak podaje “Hekalot Rabbati”:

Bądźcie wygnani z Nieba, o wy, którzy schodzicie do Merkaby,
Jeśli nie będziecie pamiętać i nie ogłosicie, co usłyszeliście
I jeżeli nie dacie świadectwa tego, co widzieliście

O to samo chodziło Crowleyowi, gdy pisał, iż Magister Templi musi przestać cieszyć się nieskończonym, aby wrócić do relatywnej rzeczywistości i uczyć innych. Oczywiście, buddyjski termin “Boddhisatva” również tyczy się tego zjawiska. I co w tym wszystkim najciekawsze, gdy przekroczyłem Otchłań, nie miałem pojęcia o tych rzeczach, ale pomimo to, sam z siebie wiedziałem, iż tak mam czynić. Gdy następnie natrafiłem na teksty Alana Chapmana (patrz “Trzy kroki do niebios“, a także tu i tu) i zapoznałem się z “Gwiazdą na Horyzoncie“, nie dowierzałem, widząc swoje własne przemyślenia ubrane w słowa na papierze. Doszedłem nawet do tego samego wniosku, że owe “zadania” są w istocie częścią uniwersalnego procesu, który różni ludzie przechodzili na całym świecie od początków ludzkości. Z czasem dotarło do mnie, że zrozumiałem ideę Wielkiego Białego Bractwa automatycznie, ponieważ stałem się wtedy jego członkiem.

Z pewnością znajdzie się chociaż kilka osób, które zapyta w tym miejscu: “Po co o tym mówić, skoro wszystko i tak jest już takie, jakie być powinno? Dlaczego Wielkie Białe Bractwo dąży do polepszania tego świata, skoro “cierpienie jest radością”? Po co praktykować, skoro i tak już jesteśmy wszyscy oświeceni?” Najprostsza odpowiedź brzmi: Bo możemy. Wybaczcie, jeśli to zabrzmi dołująco, ale nasza egzystencja nie ma żadnego specjalnego znaczenia. Celem istnienia jest istnienie. Jesteśmy potencjałem, którego jedynym zadaniem jest wyczerpanie swoich możliwości. Jednak na świecie zaistniało już wiele cierpienia. Skoro więc możemy to zmienić, to… czemu nie?

Wrócimy do tego jeszcze w następnych częściach, tymczasem obiecałem wspomnieć o reinkarnacji. Do chwili Przekroczenia Otchłani byłem całkiem przekonany do teorii wędrówki dusz, jednak gdy świadomością objąłem Pleromę, mój pogląd na to wszystko bardzo się zmienił. Jak napisałem, trwało to jakąś sekundę, ale w tym momencie doznałem wieczności. Wszystkie możliwe wydarzenia, a w tym moje wcielenia, a także życia wszystkich innych istot zdawały się odbywać w jednym punkcie – teraz. Od tamtego momentu uważam, że możemy tak naprawdę żyć tylko raz, ponieważ wrażenie czasu jest względne i zależy od pamięci, która z kolei wynika ze stanu świadomości. Pamięć tych wszystkich poprzednich wcieleń względem tej Realizacji wydaje się z kolei tylko symbolicznym wyrażeniem tego, dokąd zmierzam.

Przypuszczam, że właśnie taki efekt chciał uzyskać Crowley, dyktując “Liber ThIShARB” – zanegowanie realności własnego istnienia, aby móc uwolnić się od ograniczonej perspektywy ego. Co chcę przez to powiedzieć… Moment, w którym uświadomiłem sobie, że jestem Bogiem, był dokładnie tym samym momentem, w którym Bóg uświadomił sobie, że jest Bogiem, a także był to ten sam moment, w którym ja jako Bóg uświadomiłem sobie, że jestem Bogiem. Co więcej, wszystko, co spotyka mnie w życiu, tak naprawdę jest tylko symbolicznym wyrażeniem mojej drogi do samouświadomienia. I tak też, w wyniku tego wniosku, przyjąłem przysięgę Mistrza Świątyni, a w tym, że będę interpretować każde zdarzenie jako wyjątkową relację Boskości z moją duszą.


Autor: Frater L.V.X.

6 comments

  1. Luki · April 25, 2016

    “Jesteśmy potencjałem, którego jedynym zadaniem jest wyczerpanie swoich możliwości. Jednak na świecie zaistniało już wiele cierpienia. Skoro więc możemy to zmienić, to… czemu nie?”
    Czy próbując wpłynąć na cały wszechświat poprzez celowe poprawianie go, nie pozbawiamy niektórych osób swego rodzaju lekcji, które mogłyby je rozwinąć? Tym samym, czy nie jest możliwe, aby była to ingerencja w ich Wolę? Nie żebym był przeciwny ułatwiania ludziom życia, ale widzę tutaj mały paradoks. Paradoks, który powinien być zauważony przez istoty rzekomo tak rozwinięte jak członkowie Białego Bractwa (jednocześnie będące ponad podziałem dobre-złe doświadczenia z powodu przekroczenia otchłani) – ułatwianie innym życia, kosztem doświadczenia jakie mogliby nabrać gdyby nie ta ingerencja. W takim przypadku teoretycznie odsuwa się od danego człowieka nieprzyjemne zdarzenia, ale w ostatecznym rozrachunku może ona na tym stracić (z perspektywy jego rozwoju). Może coś źle rozumiem?

    Na jakiej zasadzie odbywa się kontakt z członkami Białego Bractwa i skąd wiadomo, że to faktycznie oni?

    “Bądźcie wygnani z Nieba, o wy, którzy schodzicie do Merkaby,
    Jeśli nie będziecie pamiętać i nie ogłosicie, co usłyszeliście
    I jeżeli nie dacie świadectwa tego, co widzieliście”

    Tylko…dlaczego i jak? Przecież to nie ma zbyt wielkiego sensu. Człowiek oświecony nie podzieli się swoimi doświadczeniami z innymi i nagle utraci to wszystko? Brzmi trochę jak straszak “karą Bożą”, wyjątkowo mało wiarygodny.

    Like

    • magus11 · April 25, 2016

      Do czego mają prowadzić lekcje, o których mówisz, jeśli nie do poprawy? Oczywiście, WBB nie zamierza nikomu ułatwiać życia, bowiem to jest wynikiem, a nie metodą. Działania WBB mogą być bardzo różne i jak już pisałem, czasem wyglądają na zmierzające pozornie w zupełnie innym kierunku. Pomaganie innym może (co nie znaczy też, że musi) się objawiać nawet jako podkładanie im kłód pod nogi – właśnie po to, aby szybciej mogli się rozwijać. Istnieje taki globalny projekt, który nazywa się “Operacja Koszmar”, polegający na wystawianiu jednostek na nieprzyjemne sytuacje, aby mogły stawić im czoła bezpośrednio. Jest to bardzo delikatna sprawa i dla biernego obserwatora wydawałoby się, iż Bractwo Światła wcale takie dobre nie jest, ale to właśnie dualna perspektywa, niezauważająca Większego Dobra, czyli Wielkiego Dzieła.

      Żeby ująć to w jednym zdaniu, “nauki”, “lekcje” i “cierpienie” są konieczne tylko w drodze do oświecenia – po jego osiągnięciu przestają być potrzebne jednostce, albowiem cel został zrealizowany.

      O ile mi wiadomo, kontakt z Wielkim Białym Bractwem może przybrać chyba każdą możliwą formę, od Wiedzy i Konwersacji, przez komunikację z astralnymi istotami (m.in. w wyniku ewokacji lub podróży astralnej), po fizyczne spotkanie z żyjącym Boddhisatvą. Charakterystyczną cechą Wielkiego Białego Bractwa jest to, że działa bezinteresownie, czyli nigdy nie będzie wymagać żadnej ofiary czy zapłaty dla siebie. Oczywiście, trzeba tutaj pamiętać, że tyczy się to jedynie zysków i nie oznacza to, iż to członkowie A∴A∴ będą opłacać za kogoś koszty nauczania. Wynika z tego, że to uczeń musi pokryć wydatki niezbędnych materiałów, tak jak i uczeń musi wykonywać działania, jakie zostaną mu zlecone. Żaden członek Bractwa Światła nigdy jednak nie przeznaczy żadnej uzyskanej w ten sposób kwoty dla swoich własnych celów, ani nie wykorzysta swojego autorytetu wobec ucznia.

      Przykładowo, słyszałem kiedyś od znajomego o jakimś channelingerze, który oferował stawienie się osobiście i odpowiedź na wszystkie pytania w dowolnym miejscu na świecie, pod warunkiem, że grupa przynajmniej 100 osób zbierze się i zorganizuje wszystko, w tym miejsce i bilety na jego przybycie oraz powrót jeszcze tego samego dnia. Zakładając, że byłby on członkiem A∴A∴, to nie łamałby w ten sposób omawianej zasady. Dla przykładu komunikacji z Wielkim Białym Bractwem w astralnej formie odsyłam do “Wizji i Głosu” Crowleya (Liber 418, po angielsku na hermetic.com lub po polsku w wydaniu Lashtal Press [na chwilę obecną nakład wyczerpany, z tego co się orientuję]).

      Kwestia nauczania jako obowiązku Mistrza Świątyni jest dość trudna do omówienia, ponieważ decyzja o podjęciu się tego zadania zapada w momencie samej inicjacji, podczas gdy adept jest na granicy między relatywną rzeczywistością i Absolutem. Gdy sam przekraczałem Otchłań uzyskałem wiedzę, iż jest możliwość “przeskoczenia” dwóch stopni i natychmiastowego całkowitego zespolenia z Absolutem, jednak “poniżej Otchłani” raczej ciężko to już jest zweryfikować. Wszystkie oświecone osoby, jakie miałem okazję poznać, zdają się przechodzić ten proces stopniowo. Tak też gdy “wisiałem” sobie na granicy Wszechświata, kiedy wszystko było tak jakby “zamrożone” w czasie, miałem opcję wyboru: Czy chcesz się rozpuścić w Absolucie, czy wrócić na Ziemię i opowiadać o tym, czego doznałeś?

      W tym momencie byłem już ponad Otchłanią, ponad ego, i nie robiło mi to żadnej różnicy, wybrałem więc drugą opcję – było to dla mnie po prostu naturalne, ponieważ nie miałem już wtedy własnej indywidualnej woli. Z drugiej strony, przypuszczam, że na tamtym etapie procesu było jeszcze możliwe chwycenie się ego i gdybym to zrobił, nastąpiłoby to, co Crowley nazywał upadkiem na dno samotnych wież Otchłani lub staniem się Czarnym Bratem. Mówiąc krótko, ta decyzja zapadła w momencie odrodzenia się jako Dziecię Otchłani. Oczywiście, nie wierzę, że gdybym teraz ją zmienił, to mógłbym jeszcze do niej z powrotem spaść, jednak po odrodzeniu jako Mistrz Świątyni, przestało mi zależeć na czymkolwiek innym, to też właściwie nie ma żadnego powodu, abym miał łamać swoją przysięgę.

      Mam nadzieję, że udało mi się wyrazić zrozumiale. W kwestii WBB polecam zapoznać się również z moim artykułem: Magia Ceremonialna cz.4 – Wielkie Białe Bractwo.

      – Fr. L.V.X.

      Like

      • Luki · April 25, 2016

        Z artykuły wywnioskowałem, że Wielkie Białe Bractwo dosłownie pomaga poszczególnym osobom nie licząc się z tym, że na dłuższą metę te osoby mogą stracić. Wydało mi się to płytkie i bez głębszego przemyślenia.
        W każdym razie, dziękuję za wyjaśnienie, w takiej formie w jakiej to przedstawiłeś w odpowiedzi, ma to sens.

        Tak też gdy „wisiałem” sobie na granicy Wszechświata, kiedy wszystko było tak jakby „zamrożone” w czasie, miałem opcję wyboru: Czy chcesz się rozpuścić w Absolucie, czy wrócić na Ziemię i opowiadać o tym, czego doznałeś?”
        Co gdybyś wybrał tą pierwszą opcję? Po prostu byś sobie istniał i tyle?

        Wracając jeszcze do kontaktu z Białym Bractwem.
        Czy dobrze rozumiem, że takie istoty (nie licząc żywych członków) są po prostu jakimiś przejawami emanacji absolutu, które mimo osiągnięcia poziomu ipsissimusa pozostają wydzielone z całości jako formy (na podobnej zasadzie jak żywy oświecony człowiek wciąż posiada formę egzystencji mimo tego poczucia całości i absolutności) aby między innymi nauczać?

        Like

      • magus11 · April 25, 2016

        Pozwolę sobie ponumerować:

        1. Jeśli odnosisz się do tego, że istoty te przekazały mi pewne techniki, które “wrzuciły mnie w Otchłań” to faktycznie mogłeś odnieść takie wrażenie. Sądzę natomiast, że nie zrobiłyby tego, gdybym nie przeszedł już całej niezbędnej drogi i nie był na to gotowy. Jak wspominałem, wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale w momencie, gdy się to działo, nieformalnie realizowałem już zadania stopnia Adeptus Exemptus, dlatego też Wielkie Białe Bractwo postanowiło poddać mnie inicjacji.

        2. Gdybym wybrał pierwszą opcję, moja indywidualność przestałaby brać udział w procesie realizowania Wielkiego Dzieła, czyli po prostu przewinąłbym film do napisów końcowych. Dla mnie byłby to już naprawdę finał, Nirwana. Co by się stało z fizycznym mną w świecie innych ludzi? Zapewne jakaś inna część świadomości zajęłaby moje miejsce – w końcu świadomość jest wszędzie taka sama i nie zrobiłoby to żadnej różnicy. W pewnym sensie już się to stało, ale planuję napisać o tym w kolejnych częściach. I tak zmusiłeś mnie już do spoilerów!

        3. Niektóre tak, pozostają w swoich formach astralnych, tak jak człowiek w fizycznej. Nie każda jednak jest Ipsissimusem. Dziecię Otchłani odradza się jako Magister Templi w jednej z wybranych przez siebie sfer i reprezentuje wtedy czystą siłę danej natury, która najlepiej do niego pasuje. Opisane jest to dobrze w “One Star in Sight” oraz “Liber Liberi”. Teoretycznie, MT powinien mieć już gwarantowane ukończenie oświecenia za życia, ale są też przypadki, w których ciężko przyznać, że tak się stało (weźmy np. Karla Germera) i najpewniej takie osoby kontynuują swoją misję już jako istoty duchowe. Niewykluczone też, że część osób stała się MT już po śmierci, albo umarła stając się MT. O tym też jeszcze napiszę.

        Like

      • Luki · April 28, 2016

        Dzięki za odpowiedź. 😉

        Jeszcze tylko kilka pytań:
        Skąd możesz mieć pewność, że istoty z którymi się komunikujesz to faktycznie członkowie Białego Bractwa, a nie przypadkowe byty astralne, które się za takowych uważają? Czy istnieje jakikolwiek dowód na to, że Wielkie Białe Bractwo istnieje faktycznie, a nie jest tylko i wyłącznie dogmatem tradycji, wynikającym z niejasnych przesłanek kilku osób?

        Pytam o to, bo wszelkie przekazy od istot duchowych były dla mnie zawsze co najmniej podejrzane. Ciężko być pewnym tego, że prawdy przekazywane przez byty niematerialne są ostateczne – trudno to potwierdzić. Szczególnie w przypadku czego tak nieweryfikowalnego jak swoista “nieśmiertelność” w duchowej formie.

        Like

      • magus11 · April 28, 2016

        1. To nie było tak, że pojawił się duszek i wręczył mi wizytówkę Wielkiego Białego Bractwa, z pieczęcią Babalon i sigilem kontaktowym. Jak pisałem, początkowo nie miałem o tym pojęcia i istoty te także nigdy nie powiedziały do mnie wprost, że są “Sługami Światła” [edit: A jednak, przy przeglądaniu swoich dzienników odkryłem, że jednak powiedziały, niemniej – nie zwróciłem na to wtedy uwagi], natomiast po Przekroczeniu Otchłani uświadomiłem sobie ten fakt samoistnie, tak jak różne inne kwestie dotyczące tej koncepcji. Dzieje się to na metafizycznym poziomie i ciężko to wytłumaczyć – to po prostu takie nagłe Zrozumienie. Oczywiście, są też inne kwestie, wynikające z naszych wcześniejszych rozmów, które o tym świadczą, ale tak samo – w momencie odbywania się komunikacji nie skojarzyłem tych faktów.

        2. Tu nie ma za bardzo czego udowadniać. Jest to pewna koncepcja, powtarzająca się w wielu różnych tradycjach, i nie można praktykować magii w oparciu o np. nauki Złotego Brzasku czy Crowleya pozostając jednocześnie od niej całkowicie oderwanym, bo to pozbawienie całego systemu jego źródła i to jak bycie Chrześcijaninem bez wiary w Boga Ojca. Jeśli chcielibyśmy udowodnić istnienie Bractwa Światła, to najpierw musielibyśmy udowodnić istnienie przebudzenia, gdyż są to dwie nierozerwalne kwestie. Natomiast o ile mi wiadomo, oświecenie można potwierdzić jedynie poprzez własne doświadczenie (w końcu na tym polega to zjawisko) i zachęcam do tego. Dobrym rozwiązaniem, nim samemu nie dojdzie się do jakichś wniosków z praktyki, jest zostawienie sprawy do czasu, aż zostanie zgromadzona odpowiednia wiedza w temacie. [edit: Właściwie to w chwili obecnej oświecenie jako “mistyczne doświadczenie” zostało już uznane naukowo za faktycznie istniejący fenomen.]

        Chciałbym tutaj nadmienić, że nie interesowało mnie nigdy Wielkie Białe Bractwo i nie jest to kwestia, jaką poznałem poprzez kontakty z jakimiś duchowymi istotami. Uświadomiłem sobie to samoczynnie poprzez własne doświadczenie. Dopóki nie przekroczyłem Otchłani, zupełnie to do mnie nie trafiało. Poza tym, nie trzeba tego wszystkiego traktować zbyt dosłownie. Osobiście nie uznaję istnienia obiektywnych zewnętrznych istot, jednak nie przeszkadza mi to w tym, by doświadczać ich działania.

        Co do nieśmiertelności, radzę pamiętać, że “duchowy” to rozległy termin i nierzadko błędnie rozumiany. Współczesna ezoteryka bardzo zamazała dawne znaczenie pierwiastka Ducha, przez co dzisiaj ludziom się wydaje, iż “wymiar Ducha” też rządzi się takimi samymi albo podobnymi prawami, wskutek czego później powstają wyobrażenia o nieśmiertelności czy wieczności jako wydłużonym czasie trwania świadomości zmysłów. Podczas gdy w rzeczywistości jest odwrotnie – jest on skrócony. Widok z “ponad Otchłani” ujawnia rzeczywistość, w której nie ma czasu, a tylko pojedynczy punkt, określany “teraźniejszością” lub “chwilą obecną”, jaki mieści absolutnie wszystko. Nieśmiertelność nie oznacza życia przez nieskończenie dużo czasu, polega na wykroczeniu poza czas i zmysły.

        Like

Napisz Wiadomość | Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s